Przygnębiająca, acz wyśmienitym piórem napisana analiza stanu współczesnej polskiej literatury i jej wszelakich uwarunkowań: rynkowych, trendowych, koleżeńskich, płciowych, politycznych, itd. Dla czytelników o mocnych nerwach i zdrowym sercu.

„Czasy są ciężkie nie tylko dla ludzi przyzwoitych, lecz i dla ludzi inteligentnych, którzy – w przeciwieństwie do półinteligentów i ćwierćinteligentów pozujących na inteligentów (czy nawet na intelektualistów) – lubią dobrą literaturę, nie zaś twory literaturopodobne, udające literaturę. I nie tylko w Polsce, lecz i we świecie – kryzys literatury ma objętość globalną. A szerzej: kryzys kultury, zwłaszcza kultury wyższej, której częścią jest prawdziwa literatura”.

W książce „Karawana literatury” znakomity pisarz Waldemar Łysiak stawia tezę, że walec popkultury rozjechał kulturę wyższą na miazgę, w czym bardzo pomógł mu gwałtowny rozwój mediów elektronicznych i komunikacji internetowej. Dzisiejszym problemem literatury nie jest ilość, lecz jakość. Na tym polu obserwujemy jedynie postępujący uwiąd: grafomania szerzy się jak zaraza i skazuje nas na obcowanie „z literackimi odpowiednikami weselnych chałtur w muzyce”. Mamy więc z jednej strony „słodziutką” kobiecą literaturę sercową, z drugiej „grafomańskie eksperymentatorstwo, lansowane pseudorecenzjami bezmózgich krytyków jako literacka awangarda”, a pośrodku całe morze najzwyczajniejszej szmiry, sprzedawanej nam jako dzieła znaczące i głębokie. W kolejnych, niezwykle ciekawych i z pasją napisanych rozdziałach autor przedstawia nam przyczyny tego stanu rzeczy. Z wieloma jego wnioskami trudno się nie zgodzić.

Zacznijmy może od łatwości publikowania: każdy nauczony w szkole sztuki składania liter może dziś opublikować swoje pisane na kolanie „wypociny” (takim słowem polonistka określała nasze szkolne wypracowania). Skąd się bierze ten pęd to pisania i raczenia nas swoimi „dziełami”? Może z niezrozumienia, błędnego utożsamienia czynności pisania z byciem pisarzem. Fakt, że piszesz, nie oznacza jeszcze, że jesteś pisarzem. Składasz litery, klepiesz w klawisze, ale ile czasu poświęcasz na cyzelowanie swojej wypowiedzi, szukanie najodpowiedniejszych słów, doskonalenie warsztatu? Dziś, gdy rekordziści publikują kilka obszernych „powieści” rocznie, warsztat pisarski (własny styl, gramatyka, elementarne reguły) został zastąpiony „słowotokiem swobodnym”. W efekcie wydaje się mnóstwo badziewia, w którym niezorientowany czytelnik tonie jak w bagnie (żeby nie użyć grubszego słowa). Najgorsze jednak, że współczesny czytający nie może liczyć na pomocną dłoń krytyka literackiego. Wręcz przeciwnie – nieuczciwi krytycy pchają go w to bagno jeszcze głębiej. I tu dochodzimy do winowajców numer 2.

Dawniej, gdy byłam jeszcze czytelniczką młodą i naiwną, starałam się na bieżąco czytać książki wyróżnione rozmaitymi prestiżowymi (jak wtedy wierzyłam) nagrodami. Nie odstraszały mnie nawet zaporowe ceny, wszak jako człowiek wykształcony czułam się zobowiązana trzymać rękę na pulsie kultury wysokiej (wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że ściskam za rękę nieboszczkę). Trwało to mniej więcej do czasu, gdy literacką Nagrodę Nobla przyznano pani Elfriede Jelinek. Kupiłam, przeczytałam, puściłam pawia i wtedy wreszcie do mnie dotarło, że król jest nagi.

„Nikomu i nigdy nie udało się przeforsować werdyktu honorującego Kafkę, Twaina, Tołstoja, Joyce`a, Pounda, Prousta, Dreisera, Greene`a, Wellsa, Brocha, Brechta, Borgesa, Herberta, Lawrence`a, Musila, Claudela, Celine`a, Nabokova, Czechowa, Jamesa, Conrada, Ibsena, Mandelsztama, Malrauxa, Garcię Lorca`ę, Pessoa`ę, Valery`ego, Gorkiego, Hardy`ego, Achmatową tudzież wielu innych gigantów. Nagrodzono panią Pearl Buck kosztem Virginii Woolf”.

Jak to możliwe? Łysiak wyjaśnia: nagród literackich nie przyznaje się bynajmniej za literaturę. Co w takim razie ma decydujące znaczenie? Zdaniem Łysiaka, odpowiednie poglądy, Krewni i Znajomi Królika oraz wiernopoddańcza lojalność (tutaj polecam uwadze czytelników rozważania poświęcone polskiej Nagrodzie Nike – łatwiej zrozumieć, dlaczego każdego roku w gronie nominowanych można znaleźć wciąż te same, chociaż wcale nie najlepsze pióra).

Ostatnią sprawą, którą chciałabym poruszyć, jest kwestia elementarnej ludzkiej przyzwoitości. Jak dowodzi Waldemar Łysiak, w naszej literaturze wciąż gloryfikuje się tych, którzy w okresie komunizmu wysługiwali się partii za rozmaite benefity (paszporty, kurorty, honory i honoraria, wille i mieszkania – słowem: korzyści materialne). Dziś nadal stawia się ich na piedestale (choć jako twórcy nie tyle są wielcy, co wypromowani), a przypominanie ich dawnych „potknięć”, „pomyłek”, „pomroczności” (jakkolwiek by to nazywali) uchodzi za brak taktu, grubiaństwo, awanturnictwo, zachowanie godne ciemnogrodu, itd. Otóż mam na ten temat inne zdanie. Mnie akurat bardzo interesuje, jak prawy jest człowiek, który w swej twórczości prawi mi morały.

Literatura najnowsza – nie tylko rodzima, ale też światowa – „szeleści papierem, miast śpiewać talentem”. Choć rozmaite grupy (wydawcy, agenci, krytycy, jurorzy, recenzenci, itd.) wciskają nam dziś całe tony śmieci, opatrzonych naklejkami „must-read”, „światowy bestseller”, „nagroda śmaka i owaka”, wybór wciąż należy do nas. I to jest pocieszające.

„Człowiek do pewnego wieku daje się oszukiwać, że wybitna proza musi męczyć i nudzić, a człowiek przy czytaniu winien się czuć tak, jakby mu kto zęby rwał lub robił lewatywę. Ja już sobie tego nie dam zrobić”.

Stanisław Bereś