Wyprawa trekkingowa dwóch starych pryków w odludną górską dzicz jednym z najdłuższych pieszych szlaków na świecie.

„Byliśmy teraz prawdziwymi wędrowcami. Sraliśmy w lesie i spaliśmy z niedźwiedziami. Już na zawsze mieliśmy pozostać ludźmi gór”.

Słynny Szlak Appalachów (Appalachian Trail) przebiega przez czternaście stanów położonych wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki. Na trasie o długości przekraczającej 3300 kilometrów znajduje się około 350 szczytów o wysokości ponad 1500 metrów i około tysiąca niewiele niższych. Do przebycia szlaku potrzeba pięciu miesięcy i pięciu milionów kroków. Nieliczni, którym to się udaje, nazywani są „całościowcami”.

„Cały szlak o długości 3380 kilometrów, podobnie jak jego odgałęzienia, kładki, oznakowanie i szałasy, jest utrzymywany w nienagannym stanie przez wolontariuszy – mówi się nawet, że Appalachian Trail jest największym na świecie przedsięwzięciem prowadzonym przez ochotników. Skutecznie opiera się komercjalizacji. (…) AT nie jest już najdłuższym szlakiem pieszym na świecie – prześcignęły go Pacific Crest i Continental Divide, oba na Zachodzie – ale zawsze pozostanie pierwszym i najwspanialszym, i ma wielu miłośników. Zasługuje na to”.

Appalachy to bardzo stare góry – starsze od oceanów i kontynentów. Należą do najstarszych elementów krajobrazu Ziemi i stanowią ojczyznę jednego z największych nietropikalnych lasów świata, który jest pozostałością „najbardziej zróżnicowanego obszaru leśnego, jaki kiedykolwiek zdobił umiarkowaną strefę klimatyczną naszej planety”. Szlak Appalachów cały czas wiedzie właśnie przez ten las, który roi się od niebezpieczeństw: grzechotników, mokasynów wodnych, rysiów, kojotów, wilków, dzików, „chorych na wściekliznę skunksów, szopów i wiewiórek” oraz niedźwiedzi.

„Prawie wszyscy moi rozmówcy dysponowali jakąś makabryczną historią z udziałem naiwnego znajomego, który wybrał się na ten szlak z wielkimi nadziejami i nowymi traperkami, a dwa dni później wrócił z rysiem wczepionym pazurami w głowę albo z krwią kapiącą z pustego rękawa, po czym chrapliwym głosem wyszeptał: Niedźwiedź!, a na koniec popadał w obłęd”.

Zaczęło się od zwykłej ścieżki w pobliżu domu. Bill Bryson, mieszkaniec New Hampshire, przypadkiem odkrył leśną dróżkę, która okazała się fragmentem słynnego Appalachian Trail. Takie rzeczy mocno działają na wyobraźnię. Szlak kusi i trudno tej pokusie nie ulec. Dopiero później zaczyna do człowieka docierać, jak trudne to przedsięwzięcie, zwłaszcza dla kogoś, kto niespecjalnie dbał o swoją kondycję i jakiś czas temu przekroczył czterdziestkę. Bezpieczniej nie porywać się z motyką na słońce samotnie. I tu na scenie pojawia się Katz. Stephen Katz.

„- Posłuchaj, nie ma problemu. Po prostu idź ze mną. Jesteś pewien, że dasz radę?

– Absolutnie.

– W jakiej jesteś formie?

– Świetnej. Ostatnio wszędzie chodzę na piechotę.

– Naprawdę?

W Ameryce jest to bardzo rzadkie zjawisko.

– Komornik zajął mi samochód.

– Acha”.

Każdego roku na szlak trafia około 2000 piechurów – dziesięć procent odpada już w pierwszym tygodniu. Pomimo tych zniechęcających statystyk, Bill Bryson nie daje za wygraną:

„W całej Ameryce ludzie będą się dzisiaj wlekli do pracy, stali w korkach, wdychali spaliny, a ja pójdę do lasu. Nic nie mogło mnie powstrzymać”.

Z ciężkim plecakiem i wciąż odstającym Katzem Bryson przedziera się przez największe zarośla USA, szybko uświadamiając sobie, jak ogromny jest świat z perspektywy piechura: „jeden kilometr to spory spacer, dwa kilometry to daleka droga, dziesięć kilometrów to forsowny marsz, a pięćdziesiąt kilometrów przekracza granice wyobraźni”. Mierzenie się ze światem na nogach przywraca rzeczom właściwą perspektywę: życie staje się proste i uporządkowane.

„Czas przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Kiedy jest ciemno, idziesz spać, kiedy znowu zrobi się jasno, wstajesz, a pośrodku jest to, co jest pośrodku. Coś wspaniałego.

Nie ma żadnych terminów, zadań do wykonania, zobowiązań ani obowiązków. Nie ma żadnych szczególnych ambicji i tylko małe, nieskomplikowane potrzeby. Istnieje się w świecie nieuciążliwej monotonii, w błogości wykraczającej poza obszar rozczarowania, bardzo daleko od siedlisk zmagania, jak to określił osiemnastowieczny odkrywca i botanik William Bartram. Jedyna rzecz, której wymaga świat pieszy, to gotowość do dalszego marszu”.

Kadr z filmu „Piknik z niedźwiedziami” (reż Ken Kwapis, USA, 2015)

Długi pobyt w lesie ma też inną zaletę: pomaga wyrwać się ze świata ruchliwych dróg, sygnalizacji świetlnej, gigantycznych skrzyżowań, wielkich tablic informacyjnych i całych hektarów galerii handlowych. Możemy spojrzeć na to wszystko z dystansu i uświadomić sobie, ile straciliśmy, tracąc kontakt z naturą i przekształcając krajobraz na naszą ludzką modłę.

„Góry i lasy były tylko tłem – znajomym i bliskim, ale nie bardziej znaczącym i zauważanym niż chmury, które ocierały się o ich grzbiety. Prawdziwe życie toczyło się dokoła: stacje benzynowe, Wal-Marty, K-Marty, Dunkin` Donuts, wypożyczalnie wideo, niekończący się spektakl komercyjnej okropności, który rozstroił nawet Katza.

– Jezu, jakie to brzydkie – wyszeptał zdumiony, jakby nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego.

Powiodłem za jego spojrzeniem i zobaczyłem gigantyczną galerię handlową z parkingiem o rozmiarach prerii. Zgodziłem się z nim: to było straszne”.

W 2015 roku na motywach ”Pikniku z niedźwiedziami” Brysona powstał film, w którym główne role zagrali Robert Redford i Nick Nolte. Choć nie miał zbyt wysokich ocen (nie było w nim seksu, efektów specjalnych ani strzelanin), ja obejrzałam go z przyjemnością: solidaryzowałam się z uroczymi panami w średnim wieku i – podobnie jak przy lekturze książki – często wybuchałam śmiechem. „Piknik z niedźwiedziami” poprawi wam humor oraz – być może – zachęci do pieszych wycieczek po bliższej i dalszej okolicy, co będzie miłą odmianą po weekendach spędzanych w galeriach handlowych.