Przyznaję się: mam słabość nie tylko do Predatora…


„Mówimy o trzymetrowych paskudach z mnóstwem kłów, kwasem zamiast krwi, składających paskudne jaja?”

Otóż to. Dziś będzie o gatunku z samego wierzchołka łańcucha pokarmowego. Takim, co to rozpiździ absolutnie wszystko i wszystkich. Właśnie dlatego – zgodnie z pokrętną ludzką logiką – niestrudzona Korporacja Weyland-Yutani już od czterdziestu lat (jeśli weźmiemy pod uwagę datę premiery pierwszego filmu z serii) próbuje sprowadzić go na Ziemię. Na szczęście dla nas za każdym razem plany te krzyżuje jakaś zdeterminowana babka (zwykle z kotem lub robotem przy boku). Nie inaczej jest i tym razem.

Zanim przejdę do recenzji, pozwolę sobie na sentymentalne, okołorocznicowe wspominki. Po raz pierwszy ociekającą kwasem, paskudną gębę Aliena zobaczyłam… w szkole. Będąc uczennicą bodajże drugiej klasy szkoły podstawowej (co w tamtych czasach oznaczało granatowy fartuszek, biały kołnierzyk, Wróbelka Elemelka i wieczorną dobranockę), zostałam zmuszona do zbiorowego uczestnictwa w filmowym seansie (co w tamtych czasach oznaczało wypełnioną uczniami salę gimnastyczną i wielkie prześcieradło rozciągnięte na ścianie). Szok, jaki przeżyłam na widok Alienów wygryzających się na wolność, sprawił, że zapamiętałam ten film na długo. Głównie dzięki regularnym nocnym koszmarom.

Zachęcona przez ówczesny system edukacji, kontynuowałam swą znajomość z Alienem przez następne dekady. Zabójczy potwór z kosmosu okazał się wierniejszy od niejednego chłopaka, a ponadto na każdej kolejnej randce wyglądał lepiej niż na poprzedniej. I tak przeszliśmy razem – Alien i ja – od komunizmu do demokracji i od prześcieradła na ścianie do multikina i efektów cyfrowych.

Na rubinowe gody otrzymałam w prezencie komiks, który spełnił wszystkie moje oczekiwania. Jest w nim mroczna, pełna napięcia atmosfera oraz niepokojący, klaustrofobiczny klimat, charakterystyczny dla filmu Ridleya Scotta z 1979 roku, a zatracony w kolejnych, coraz bardziej widowiskowych produkcjach. Jest intrygująca, solidna, dopracowana fabuła, wyróżniająca „Aliens. Bunt” spośród innych poświęconych Obcemu komiksów. Jest świetnie wyszkolona, pełna determinacji i psychicznej siły kobieca bohaterka po przejściach, której towarzyszy zbuntowany syntetyk, oficer ochrony Weyland-Yutani. Są wreszcie zachwycające, genialnie oddające ten niepowtarzalny klimat rysunki, dzięki którym mamy wrażenie, jakbyśmy raz jeszcze weszli na pokład „Nostromo”, w klaustrofobiczny świat koszmarów Gigera, gdzie motywy organiczne mieszają się z metalicznymi, ciasne korytarze i futurystyczne, niepojęte instalacje przytłaczają, a czające się w mrocznych zakamarkach nieziemskie monstra nie pozwalają ani na chwilę zapomnieć o swojej obecności, wywołując w nas uczucie pierwotnej grozy.

„Obcy. 8 pasażer Nostromo” Ridleya Scotta był w swoim gatunku wyjątkowym osiągnięciem. Przytłaczającej, niepokojącej atmosfery tego filmu żadna z kolejnych części nie zdołała odtworzyć. Zadziwiające, że równo po czterdziestu latach udało się to zrobić komiksowi. „Aliens. Bunt” Briana Wooda wraca do korzeni i zapowiada znakomitą serię. Bierzcie w ciemno.