Na stronie 130 komiksu Calvin dokonuje autoprezentacji:

„Jestem jeszcze jednym pochłaniającym zasoby naturalne dzieciakiem z przeludnionej planety, w przerażającym stopniu wychowanym przez Madison Avenue i Hollywood, który wraz z cynicznymi i wyalienowanymi rówieśnikami czai się, by opanować świat, kiedy wy będziecie już starzy i słabi!”

Przerażające. Warto przyjrzeć się bliżej temu demonicznemu dzieciakowi.

Calvin to sześciolatek, który jest utrapieniem dla rodziców, nauczycieli i dziewczynek (zwłaszcza Zuzi). Trzymają się go żarty raczej paskudne i dość ciężkie dowcipy, zrozumiałe tylko dla niego samego. Tak naprawdę jednak maluch nie ma wykrzywionego charakteru i skłonności psychopatycznych: to zdrowe i normalne dziecko, które usiłuje czerpać radość z życia, pomimo wszelkich utrudnień, jakie los stawia mu na drodze. Zaliczają się do nich: „fstrętne uciążliwe jędze”, czyli dziewczynki, znienawidzony obowiązek szkolny, który odbiera wolność i ogranicza kreatywność, kłopoty z rodzicami, coroczne pertraktacje z Mikołajem, pory roku, zachowujące się nie tak jak trzeba, nauka jazdy na piekielnym rowerze i parę pomniejszych życiowych niedogodności.

W opisywanym tomie Calvin jak zwykle ma głowę pełną pomysłów i cięty język. Jego sposób interpretowania świata przewyższa znacznie możliwości przeciętnego sześciolatka, tym śmieszniej brzmią więc wygłaszane przez niego mądrości i konkluzje. Zwłaszcza, gdy ironicznie puentuje je rozsądniejszy Hobbes, gadający tygrys z pluszu.

„- W przyszłości nic nie będzie wymagało wysiłku! Komputery zajmą się wszystkim! My tylko pokażemy, co ma być zrobione, i klikniemy. W ogóle nie trzeba będzie opuszczać naszych wygodnych, klimatyzowanych domów! Bez kłopotów, bez marnowania czasu, bez irytujących interakcji z ludźmi…

– Bez życia…

– Życie jest zbyt niewygodne.”

Obrotny maluch wszystko robi z rozmachem i na swój własny niepowtarzalny sposób. Dlatego jego podrabiane zwolnienie z zajęć jest podpisane przez samego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Gdy inne dzieci tradycyjnie handlują lemoniadą, Calvin sprzedaje szczęście – po 10 centów. Sam szczęście odnajduje w rzeczach prostych: doskonali się w żuciu gumy „na granicy wydajności tlenowej”, ogląda seriale, szuka zakopanego skarbu, tłucze taśmowo bałwany, agituje mrówki i pognębia robale („Sam się oszukujesz, głupku! Nic, co robisz, nie ma znaczenia!”). W przypływie dobrego humoru wydzwania do ojca, uziemionego latem w biurze („Ale jest ślicznie na dworze! Wleź na drzewo! Pobaw się!”). Czasem jest astronautą Spiffem, przemierzającym niebezpieczne otchłanie Kosmosu, czasem tyranozaurem, a innym razem pędzi z Hobbsem na jakiejś desce lub sankach – zawsze ekstremalnie, na złamanie karku. Nie waha się przehandlować Ziemi, którą oddaje kosmitom za 50 liści z drzew, potrzebnych mu do szkolnego projektu. Samą szkołę traktuje jak dopust boży, choć zdarzają się w niej miłe niespodzianki w rodzaju ćwiczeń pożarowych („Kiedy rozdają benzynę?”). Jest zaprzysięgłym wrogiem dziewczynek (zwłaszcza Zuzi) i czerpie wiele satysfakcji z faktu, że reprezentuje przeciwną płeć:

„- Mam młotek! Mogę zabijać rzeczy! Mogę je rozbijać na kawałki! Kiedy zechcę, mogę przebudować otoczenie, robiąc cały czas straszny hałas! Ach, świetnie jest być facetem!”

Każdego roku w okolicy grudnia Calvin zmuszony jest spokornieć. A że pokora nie leży w jego charakterze, obmyśla rozmaite strategie, których celem jest otrzymanie – mimo wszystko – upragnionych prezentów od Mikołaja. Wykazuje się przy tym niestrudzoną pomysłowością. Tym razem próbuje nieuczciwych chwytów z drobnym drukiem w przypisie oraz pomysłowych sztuczek prawnych.

Tytuł tomu – „To magiczny świat” – równie dobrze może określać początek nowego roku, kiedy brudy tego świata giną pod warstwami śnieżnego puchu i mamy szansę zacząć jeszcze raz, z czystym kontem, jak i magiczny czas dzieciństwa, które w przypadku Calvina przeżywane jest wyjątkowo intensywnie. Najprawdopodobniej oznacza on jedno i drugie. O jednym i drugim zawsze przyjemnie jest poczytać.

„- Podejmujesz jakieś postanowienia na nowy rok?

– Tak. Postanowiłem zdać się na los i czekać, co z tego wyjdzie.

– Czyli zostajesz na dawnym kursie?

– Trzymam się swoich mocnych stron.”