Monstrualnych rozmiarów postapokaliptyczna powieść z religijnym przesłaniem. Opus magnum Stephena Kinga omal nie urwało mi ręki.

W tajnym amerykańskim laboratorium uwolniony zostaje wirus śmiercionośnej grypy. Jednemu z pracowników udaje się uciec: w krytycznym momencie pragnie jedynie ratować siebie oraz swoją rodzinę. Konsekwencje jego decyzji okazują się tragiczne dla świata: zaraza wydostaje się na zewnątrz, a ludzie padają jak muchy. „Bastion” Stephena Kinga jest nie tyle kolejną postapokaliptyczną wizją, ile opowieścią o konsekwencjach naszych wyborów.

Nieliczni uodpornieni przemierzają wymarłą ziemię. Wszyscy śnią takie same sny, w których widzą niepokojącego Wędrowca i starą Afroamerykankę, Matkę Abagail. Sny wskazują im dwie możliwe drogi, a wybory etyczne bohaterów zdeterminują ich przynależność do jednej z dwóch tworzących się na zgliszczach świata grup. Wolnej Strefie w Kolorado przewodzi duchowo Matka Abagail, wypełniająca misję zleconą jej przez Boga. W Las Vegas rządzi twardą ręką Randall Flagg, zwany Wędrowcem albo Czarnym Ludem. Randall Flagg nie jest człowiekiem. Przychodzi on na świat zawsze w chwilach przełomu, gdy Bóg planuje „wielkie przyjęcie z barbecue”, na którym ludzie grają role pieczystego.

„Wygląda jak przeciętny facet, którego można spotkać na ulicy. Jest nijaki, jednak kiedy się uśmiechnie, z drutów telegraficznych sypie się grad martwych ptaków. A kiedy spojrzy na ciebie w pewien szczególny sposób, zaczynasz mieć kłopoty z prostatą i czujesz pieczenie podczas oddawania moczu. Tam, gdzie splunie, trawa żółknie i więdnie. Zawsze jest na zewnątrz. Przybył spoza czasu. Nie zna siebie. Nie wie nic o sobie. Nosi imię tysiąca demonów. Kiedyś, dawno temu, Jezus uwięził go w stadzie świń. Jego imię brzmi Legion. Boi się nas, bo my jesteśmy wewnątrz. Zna się na czarach. Wie dużo o magii. Potrafi przywoływać wilki i żyć w ciałach kruków. Jest królem nicości, ale lęka się nas. Boi się… wewnętrznej strony”.

Pod figurą Wędrowca ukrywa się antagonista Boga: tak jak Bóg jest stworzycielem, tak on przynosi jedynie zniszczenie. To odwieczny wróg ludzkości, nieustające zagrożenie dla duszy człowieka, które pojawia się za każdym razem, gdy musimy dokonać wyboru. Zasiewa niepewność w naszych sercach, karmi się ludzką pychą, żeruje na naszych słabościach i lękach. Wykorzysta każdą okazję, żeby na zdemoralizować i nigdy nie możemy poczuć się bezpieczni: nawet wybrana przez Boga Matka Abagail przez chwilę ulega pokusie. Zło bywa podstępne i dla wielu bardzo atrakcyjne. Jedni są nim zafascynowani, inni poddają mu się z egoistycznych pobudek. Motywuje ich pragnienie władzy lub materialnych korzyści, poczucie krzywdy, chęć odegrania się, ale często też zwykły strach. Szybko przekonują się jednak, że zło niczego nie daje w zamian. Niszczy swoje ofiary natychmiast po ich wykorzystaniu, gdyż taka po prostu jest jego natura.

„To właśnie wyróżniało ziemskie dzieci mroku – nie potrafiły stwarzać rzeczy, jedynie je niszczyły. Bóg stworzył człowieka na Swój obraz i podobieństwo, co oznaczało, że wszyscy ludzie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety, również byli stwórcami, dążącymi do tego, by ukształtować świat w nieco bardziej racjonalny sposób. Ale ten człowiek pragnął jedynie niszczyć i tylko to potrafił. Antychryst? Równie dobrze można go było nazwać Antystwórcą”.

Ta przedziwna, zdecydowanie przydługa i momentami usypiająca powieść prowadzi do rzekomo głębokiej konkluzji, która mocno trąci truizmem. W rozgrywce między szatanem a człowiekiem stawką jest los i przyszły kształt świata. Jeśli chcemy go ocalić, musimy odrzucić racjonalizm i całkowicie zawierzyć Bogu, gdyż jesteśmy tylko pionkami w odwiecznej konfrontacji Dobra i Zła.